Witryna i podstrony lub jej komponenty mogą zbierać Twoje dane pod postacią ciasteczek (Cookies). Poruszanie się po witrynie oznacza Twoją pełną akceptację ich zbieranie.

baner fb warsztaty

Zatraciłem się w ...

Kategoria: przyrodaartykuly
Opublikowano: środa, 03, październik 2018
Sebastian

W latach dziewięćdziesiątych, gdy miałem raptem kilka lat, rodzice pozwalali nam, mi i mojej rok młodszej siostrze, wychodzić na podwórko, pod same okna kamienicy, w której mieszkaliśmy. Podwórkiem tym był plac, gdzie dziś w Zielonej Górze znajduje się ogródek piwny Żywca. My zaś mieszkaliśmy w „lekarskiej” kamienicy, którą niedawno w swym online artykule opisywał dr Grzegorz Biszczanik (dziś Samodzielne Kolegium Odwoławcze). Kiedyś na wspomnianym podwórku nie było żadnego ogródka. Przy podjeździe na wózki, zaraz obok rosnącego tu do dziś cisa, była mała piaszczysta skarpa (choć czy taki garb piachu można skarpą nazwać?). A w niej zawsze latem gromadnie kąpały się piaszczyście wróble domowe. Ptaki te niebawem niemal zniknęły z centrum miasta, aczkolwiek dziś jest już znacznie lepiej. Pod wspomnianym cisem pewien wróbel (nareszcie!) skusił się i wziął mi z ręki kawałek bodaj bułki. No, wtedy nie wiedziałem, że ptaków nie karmi się pieczywem! Dziś mój syn już o tym wie. Ale wróćmy do wróbla – jaka to była dla mnie ekscytacja! Może niektórzy pamiętają takie okrągłe (bodaj waniliowe) serki w okrągłym opakowaniu z krówką na wieczku. Z pustych kubełków po tych serkach robiłem minikarmniki, do których namiętnie wsypywałem niełuskany słonecznik, kupowany za 10 groszy (co za cena!) w sklepie Gromada. Sklep do dziś tam stoi. W tym samym piachu, co wróble kąpieli zażywały, mrówki miały swe gniazdo. Niejednokrotnie odkrywałem je lub patrzyłem jak mrówki usilnie przenoszą jaja i poczwarki, chowając je przed ludzkim wzrokiem. Kiedyś też taką chyba poczwarkę ścisnąłem i jak mi cała zawartość trysnęła do oka... Zaraz do domu... mama patrzy i wypytuje, kto mnie pobił, bo oko całe napuchnięte... Nie chciała uwierzyć, że niefart „badacza” był odpowiedzialny za całe zamieszanie.

ja joker kid

Na moim podwórku rosły też świerki kłujące, taka jakby mini plantacja, w kilku rzędach. Gdy wpadła w nie piłka... ciarki mnie przechodzą zawsze, gdy o tym pomyślę lub komuś opowiadam. Tuż obok nich można było napatrzeć się na bujne róże czerwienią kwitnące. Przy tych roślinach znajdowała się też przeszklona gablota informacyjna wykonana z metalu. O ile dobrze pamiętam, pierw zniknęły róże, następnie świerki. Najdłużej w zasadzie to kiosk się ostał. Kiedyś jak biegłem do domu z podwórka, czyli trzeba było wbiec na deptak wzdłuż ściany kiosku i od razu w lewo, to wjechał we mnie rozpędzony rowerzysta. Twardy byłem, nie płakałem. Ale bolało. Dla dzieciaka było to niemniej scena jak z filmu. Tylko może gdyby to dziewczyna wjechała?

Flora podwórka była bogatsza. Stokrotki, mniszki (które zbierałem dla żółwia stepowego kupionego w latach 90tych w Hermesie – dziś X-Demon za 40 zł – tak, czterdzieści, nie czterysta) – wówczas nazywane przeze mnie błędnie mleczem, wysoko kwitnące osty czy ostrożenie (kto dziś do tego dojdzie?), pokrzywy... no i moja zmora dzieciństwa, czyli podagrycznik. Z kolei zaraz obok, przed garażami jeszcze zdobił plac bez czarny, który wtedy wszyscy wokół zwali „wilczą jagodą”. A po latach szok, to owoce bzu czarnego można przetwarzać i jeść? Z kolei przy samym deptaku, na rogu kamienicy, wyrastała zawsze kępa rdestowca, inwazyjnej rośliny z Azji. Wtedy też dowiedziałem się, że pędy ma puste, a smak kwaśny. Nawiasem, kasztanowiec miał gorzki. Czasem jak się naoglądałem czegoś w TV, choćby Dextera i odcinka, gdzie udawał triceratopsa, to próbowałem jeść liście... a potem się naczytałem – te trujące, te szkodliwe, te... Nigdy nie pamiętam rewolucji żadnych. Dobrze, że tego cisa nie próbowałem.

mini chrzaszcz palec

Jednak to, co budzi we mnie najcieplejsze wspomnienia to dwa aspekty. Po pierwsze, porzucone pod ścianą kamienicy wszelkiej maści płyty chodnikowe – od kwadratowych kafli po sześciokątne kostki. Jako dzieciak, często w trudzie czoła, niekiedy z kolegą, przewracaliśmy te fragmenty „skały lubuskiej” (beton, polbruk) i obserwowaliśmy i łapaliśmy wszystko, co się ruszało. Krocionogi, wije, prosionki, stonogi, skorki, pająki... Potem uciekałem na samą górę, do domu i otwierałem książki. W takim leksykonie ogólnym („szkolnym”) z zieloną okładką „oznaczałem” zdobycze. No cóż, przynajmniej wtedy przestałem używać terminu „szczypawica”, w zamian poprawnie zacząłem nazywać wije i skorki, rozróżniając przy tym wije od krocionogów. Dostałem też nieco później, ale jeszcze w 90’, fantastyczny leksykon owadów. I kiedyś zatrzymałem się na wtyku straszyku, pluskwiaku różnoskrzydłym. Poczytałem opis środowiska życia, zbiegłem na dół, podszedłem do ostatniej kępy zielska pod budynkiem i ... był tam... Coś niesłychanego. Czułem się wtedy jak Steve Irwin czy Jeff Corwin, których podziwiałem oglądając Animal Planet po angielsku (nie było po polsku jeszcze). Kanały takie jak Discovery, Animal Planet czy Cartoon Network były wyłącznie anglojęzyczne, ale można było je ściągnąć zwykłym talerzem satelitarnym. My taki mieliśmy, jeszcze dla wzmocnienia sygnału pamiętam tą plastikową butelkę nałożoną na odbiornik fal. Pamiętam też jak pewnego razu wij drewniak ukąsił mnie, trzymając mocno koniec mego palca swym kolcami jadowymi. Co ciekawe nic nie poczułem i od tamtej pory się ich nie boję... choć niby boleśnie potrafią ukąsić. Z kolei drugi aspekt to motyle latające między kwiatami i te piękne złote muchy... tak bardzo lubujące się w psich odchodach... Czym łapaliśmy? Jak już sezon trochę trwał, to i rusałkę pawie oko łapaliśmy rękoma! Tak nam się refleks i ruchy rozwinęły. Ale wystarczyła zima... i znów wiosną byliśmy nieporadni. Ale było rozwiązanie. Za grosze kupowaliśmy małe siatki akwarystyczne w sklepie zoologicznym, który do dziś możecie nawiedzać obok byłego kina Nysa.

I jak tak sobie o tym wszystkim myślę, to choć miałem wsparcie „przyrodnicze”, czy to ze strony mamy, która nie będąc przyrodnikiem podsycała me zapędy, czy to ze strony dziadka, lekarza, który z chęcią oglądał te same programy jak ja, choćby „Crocodile hunter”, czy taty, z którym zacząłem jeździć na ryby, co dało mi możliwość obcowania z wyższym poziomem przyrody niż miejska (Radnica, Pliszka!), to mimo wszystko wielka samorealizacja, poznawanie przez kontakt, żądza wiedzy, nazywania, poprawności, chęci odkrywania popchnęła mnie do miejsca, w którym dziś jestem. Oglądając Batmana czy Spider-Mana zapragnąłem mieć własne laboratorium. Kwas zawsze kojarzył mi się z substancją zdolną do przeżarcia stalowych drzwi (Doktor Jaszczur i sceny wybrane ze Spider-Mana). Problemy ochrony przyrody czy temat wymierań zaszczepione przez wymienionych panów i nieocenionego sir Davida Attenborougha urosły do tego stopnia, że zapragnąłem im przeciwdziałać i głośno o nich mówić. Z czasem moje pasje na chwilę przygasły, ale 11 lat temu znowu rozświetliły się jak super nowa. Mówię to w hołdzie memu promotorowi pracy magisterskiej, drowi Zbigniewowi Zawadzie. Zapewne nigdy się nie wyspecjalizuję. Zbyt mnie pochłania każdy aspekt przyrody. I z każdym dniem wiem i rozpaczam, że tak wiele jest do poznania, jeszcze więcej do odkrycia, a ja przeminę nie wiedząc nawet drobinki z tego wszystkiego.

przylep fes 95

Tak Mili Moi. Zatraciłem się w Biosferze. Spójrzcie na to zdjęcie. Ten mały chrząszcz, którego nazwy nie ośmielę się zmyślać, siedzi na czubku mego palca. Ten sam chrząszcz oddycha, je, lata, żyje. Większy od niego chrząszcz podobnie. Mają serce, owadzi mózg, swoje zwyczaje i wymagania. Jak ich nie kochać?

Zielony kapitał miasta

Kategoria: przyrodaartykuly
Opublikowano: czwartek, 23, sierpień 2018
Sebastian

niniejszy tekst powstał na podstawie piątego spotkania z mieszkańcami, zorganizowanego przez Ruch Miejski Zielona Góra (kliknij) w dniu 17.08.2018, o godz. 18:00 w Zielonej Górze


v spotkanie RM baner eventCzym jest ekoturystyka?

To dynamicznie rozwijająca się na świecie gałąź turystyki oparta na zwiedzaniu cennych i ciekawych obiektów przyrodniczych. Najbardziej kojarzy się ona z parkami narodowymi i rezerwatami – czyli miejscami o ograniczonych możliwościach zwiedzania, ale przykładowo udostępnianych turystom w specjalnych okolicznościach. Ekoturystyka ma bardzo ważne zadanie – uświadomić ekoturystom problemy środowiskowe, pokazać piękno przyrody i skłonić do zmiany stylu życia celem poprawy bardzo niekorzystnych trendów zachodzących globalnie za sprawą ludzi. Czy możliwe jest uprawianie ekoturystyki w ścisłym centrum miasta? Ależ oczywiście! Idealnie do tego nadają się parki o różnym charakterze czy okazałe osobniki drzew, szczególnie te uhonorowane statusem pomników przyrody.

rmspotkanie05 10

A w lubuskiem i w Zielonej Górze?

Strategia rozwoju województwa lubuskiego 2020 (załącznik do uchwały nr XXXII/319/12) zakłada 4 cele strategiczne: 1. Konkurencyjna i innowacyjna gospodarka, 2. Wysoka dostępność transportowa i teleinformatyczna, 3. Społeczna i terytorialna spójność regionu, 4. Region efektywnie zarządzany. „Rozwój potencjału turystycznego województwa” został wymieniony w strategii dopiero jako siódmy spośród 8 celów operacyjnych celu strategicznego: Konkurencyjna i innowacyjna gospodarka. Ale w szczegółowym opisie znajdziemy lakoniczny akapit odwołujący się w jednym miejscu do sedna niniejszego tekstu: „Ważne miejsce w gospodarce regionalnej, m.in. z uwagi na atrakcyjność przyrodniczą i dziedzictwo kulturowe oraz dostępność transportową, zajmie turystyka”.

Z kolei ze strony internetowej miasta Zielona Góra, po kliknięciu „Turystyka – aktualności” przeniesiemy się na stronę Centrum Informacji Turystycznej. Wśród wymienianych atrakcji turystycznych nie udało mi się znaleźć kompleksowych informacji na temat potencjału przyrodniczego naszego miasta i regionu, ponadto wśród atrakcji nie jest wymieniany ogród botaniczny (najbardziej wysunięty na zachód ogród botaniczny w Polsce, jeden z najmłodszych i o pełni praw od niedawna), będący pod opieką merytoryczną Uniwersytetu Zielonogórskiego.

W związku z powyższym zapraszam do zapoznania się z naszym lokalnym potencjałem ekoturystycznym, o którym opowiadałem w piątek, 17.08.2018, podczas V spotkania otwartego z mieszkańcami, zorganizowanego przez Ruch Miejski Zielona Góra.

bukkrepaselfie 2016

Czy wiedzą Państwo, że w 2010 roku spłonął w wyniku barbarzyńskiego podpalenia dąb szypułkowy „Napoleon”, najokazalszy osobnik gatunku w Polsce (ponad 10 metrów obwodu pnia na wysokości 1,3 m)? „Napoleon” rósł w gminie Zabór. Czy wiedzą Państwo, że właśnie zamiera najstarszy w Polsce (ponad 750 lat) dąb szypułkowy „Chrobry” w wyniku tegorocznej suszy i podpalenia w 2014 roku? Pomnik przyrody znajduje się na samym południu województwa lubuskiego. Czy wiedzą Państwo, że po drugiej stronie Odry, naprzeciw Oderwaldu, rośnie najgrubsza w Polsce sosna pospolita „Rzepicha”, a zaraz za Sulechowem znajduje się druga pod tym względem sosna pospolita „Waligóra”? I czy wiedzą Państwo, że w Komorowie koło Gubina znajduje się najstarszy i najgrubszy w Polsce (i przypuszczalnie Europie) wiąz szypułkowy „Wiedźmin”? Jeżeli wśród Państwa są tacy, którzy o tym wiedzieli, to szczerze gratuluję, bo tylko prawdziwi entuzjaści tematu mają tę wiedzę.

rmspotkanie05 17

Plac Makusynów. W tle pomnikowy dąb szypułkowy. To on miałby stać się "Dębem Zbigniew Czarnuch".

Co łączy powyższe pięć pomników przyrody? 1) Znajdują się w naszym województwie. 2) Są naj (-potężniejsze, -starsze). 3) Znajdują (lub znajdował – „Napoleon”) się tak naprawdę w pobliżu Zielonej Góry. 4) Informacje o nich nie są zazwyczaj przekazywane w szkołach, wiedza o nich nie funkcjonuje w przestrzeni publicznej. A przecież to powód do naszej dumy! Podejrzewam, że gdyby potencjał ekoturystyczny „Napoleona” i „Chrobrego” był należycie wykorzystany, to po pierwsze trudniej byłoby podpalaczom dokonać zbrodniczego aktu, a po drugie – całkiem możliwe, że taka idea by w ich głowach się nie zrodziła. Bo absurdem jest likwidować magnes na turystów. Kiedy kilka lat temu otrzymaliśmy od Lasów Państwowych do ogrodu botanicznego UZ dwie sadzonki – potomka „Chrobrego” i klon „Napoleona”, nie myślałem, że już niebawem król powieli los cesarza. Podczas oprowadzania wycieczek mówiłem o nieszczęśliwym końcu „Napoleona”, pokazując jeden z nielicznych klonów (leśnikom udało się uzyskać niewielką liczbę dębów z naszczepionymi pędami pomnika przyrody), wskazując na „Chrobrego” zaś, mówiłem, że ten ma się dobrze i stale rodzi masę żołędzi. Dziś podejrzewam, że za rok król się już nie ulistni...

sosna waligora 2016No dobrze, ktoś mi zarzuci, że opowiadam tylko o naszym regionie, a co do tego ma miasto. W Zielonej Górze mamy około 60 pomników przyrody. Przez ostatnie 3 lata liczba ta kilka razy się zmieniała. Najpierw wzrosła – wpłynęło na to połączenie z gminą. W wyniku przeglądu pomników przyrody Zielonej Góry z 2016 roku zdecydowano o zdjęciu statusu z dwóch drzew, aby łatwiej je pielęgnować, ponieważ znajdują się w przestrzeni miejskiej. Następnie powołano nowe trzy (nareszcie sosna pospolita stała się pomnikiem przyrody w królestwie sosny! – okolice Jarogniewic). Z kolei Ksawery powalił pochylonego modrzewia rosnącego przy drodze leśnej łączącej miejscowość Wysokie (gmina Czerwieńsk) i byłą wieś Krępa. Dziś waży się jeszcze los buka zwyczajnego o purpurowych liściach w Parku Piastowskim, ponieważ pnie i konary uległy poważnym pęknięciom i potrzeba dogłębnej analizy dendrologicznej oraz otwartych głów, aby podjąć decyzję, co dalej. Podobnie sporo zamieszania wywołał cis pospolity rosnący przy ulicy Kopernika – najprawdopodobniej nasz najstarszy okaz gatunku i choć tablica informacyjna głosi, że drzewo ma 800 lat, to szczerze mówiąc wątpliwe, aby była to prawda. Niemniej z pewnością jest wiekowe (zobacz o co chodziło z cisem - kliknij). Zgłaszane do Urzędu Miasta uwagi ze strony społecznej oraz wybranych radnych miejskich spowodowały wykonanie analiz. Okazało się, że pomnik przyrody wymaga podlewania oraz jest podwyższony odczyn pH gleby. Czyli gorzko przyznaję, że wyszło na moje, ponieważ w swoim piśmie do Biura Ochrony Środowiska zwracałem uwagę na problem soli drogowej stosowanej zimą. W naszym mieście nadal roztopiony prze sól śnieg jest spychany na pobocze, następnie sól ta wnika do gleby i przez lata akumuluje się i powoli zabija drzewa przydrożne. A są miasta, w których błoto pośniegowe z solą jest wywożone do utylizacji! U nas niestety wystarczy przyjrzeć się drzewom w pasach drogowych, aby ujrzeć obraz nędzy. Rzućmy okiem na lipy przy ulicy Wyspiańskiego czy na dęby przy Alei Wojska Polskiego... Potencjalnie przyszłe pomniki przyrody nie dożyją przypuszczalnie tego honoru. Jak widać zatem, mamy sporo problemów, przede wszystkim nie patrzymy w przyszłość. Sadzimy skądinąd piękne rabaty, ale usuwamy drzewa z pasów drogowych, bardzo oszczędnie prowadzimy pielęgnację drzew, która częściej ma więcej wspólnego z tzw. chirurgią drzew niż pielęgnacją – zgodną ze sztuką fachu. W ten sposób „pseudo-wypielęgnowane” drzewa również doznają szybszego zamierania. Jeżeli dodamy do tych czynników panujące susze, efekt wyspy ciepła w miastach, zabetonowanie brył korzeniowych (ograniczenie dostępu powietrza i wody!) czy stale rozbudowywaną sieć kabli i rur w podłożu, to należy poważnie zastanowić się nad konsekwencjami takich działań w przyszłości. Apeluję, nie likwidujmy naszego potencjału ekoturystycznego!

W Zielonej Górze rośnie jeden z okazalszych w kraju dębów węgierskich („Dąb Lubuszan” na Placu Bohaterów; obwód pnia 513 cm). Mamy pomnikowy miłorząb dwuklapowy, cypryśniki błotne, w tym jeden szczególny – wrastający w ścianę budynku (ul. Moniuszki), czy powierzchniowy pomnik przyrody – „Leśne Źródlisko” w Ochli. A najpotężniejszy zielonogórski dąb szypułkowy rośnie w byłej wsi Jeleniów (ponad 6 metrów obwodu pnia na wysokości 1,3 m!). Czy właśnie nie jest to nasz „Zielony kapitał miasta”? Ale pomniki przyrody to nie wszystko. Dzięki połączeniu miasta z okolicznymi miejscowościami wzrósł wskaźnik lesistości – przy nim zatrzymajmy się na chwilę, aby sobie coś uświadomić. Lesistość miasta jest ogromna, ale dzięki połączeniu, zatem fechtowanie nim w debacie publicznej przy np. wycince lasu koło Centrum Rekreacyjno-Sportowego jest absurdem. Gdyby las tej samej powierzchni wycięto po drugiej stronie ulicy, tam gdzie znajduje się strefa gospodarcza, nie miałoby to takiego negatywnego wpływu na krajobraz i warunki rekreacyjno-środowiskowe, jak ma to teraz. Powinszować rozmachu i pozbycia się naturalnej bariery akustycznej i klimatyzacji, bariery przeciwpyłowej, bariery hamującej spływ powierzchniowy i silne opady, nie wspominając o przystanku w korytarzu ekologicznym dla zwierząt i miejsca wypoczynku mieszkańców. Jak wspomniałem, można to samo było zrobić w innym miejscu, lepiej nadającym się na ten cel. Z czego wynikają takie absurdy? Ano, z braku rozpoznania miejskich zasobów, m.in. przyrodniczych.

alejasucha zkm

Aleja w Suchej - zagrożona wycięciem (14 VII 2017) - kliknij, aby dowiedzieć się więcej.

Owszem, na dzień dzisiejszy wiemy, ile mamy pomników przyrody w rejestrze, na ilu obszarach Natura 200 leży nasze miasto, gdzie znajduje się nasz jedyny rezerwat w mieście czy ile użytków ekologicznych mieści się w granicach Zielonej Góry. Szkoda tylko, że nie do końca wiemy, gdzie znajdują się wilgotne łąki z rodzimymi gatunkami storczyków. Na przestrzeni ostatnich kilku lat niestety co najmniej dwie populacje kukułki plamistej zostały w Zielonej Górze ZDEGRADOWANE. Ma to miejsce szczególnie dzięki osuszaniu i zabudowaniu terenów pierwotnie podmokłych czy wysoce wilgotnych. Podobnie nie potrafimy docenić nieużytków rolnych, mających często charakter łąk kserotermicznych (silnie nasłonecznionych łąk z roślinnością sucholubną). A w Zielonej Górze i okolicach można spotkać latem smukwę kosmatą, taką jakby osę (kliknij i zobacz), która według Polskiej Czerwonej Księgi Zwierząt jest gatunkiem zanikającym, zagrożonym wymarciem w kraju i ponadto nie podlega ochronie. Czy nie warto przeciwdziałać globalnemu zjawisku – masowemu wymieraniu gatunków na skutek działalności człowieka? Warto! Tylko trzeba mieć świadomość, że niekiedy się okaże, iż lepiej wyciąć hektar boru sosnowego, których mamy obfitość w okolicy Zielonej Góry, zamiast osuszać łąkę wilgotną czy użyźnić łąkę kserotermiczną. Do tego jednak potrzeba nam kompleksowej diagnozy zasobów przyrodniczych! Może gdybyśmy taką dysponowali, nie doszłoby do absolutnie skandalicznej wycinki dębów w kierunku Ochli, gdzie niezależny ekspert (których niewielu w tej branży!) wykazał chronione gatunki mchów i porostów, w tym porosty puszczańskie, chronione, zagrożone wymarciem! Z tego, co mi wiadomo w Zielonej Górze od lat nie ma puszczy. Teraz jednak łatka „mchy i porosty” przylgnęła do ludzi świadomych potrzeby poszanowania (nie religijnego czczenia) przyrody, również tej miejskiej.

scolia hirta 01

Całe szczęście mamy czym się pochwalić (jeszcze). Przyłączenie do Zielonej Góry Oderwaldu dało nam potężne możliwości ekoturystyczne, ale również obarcza nas ogromną odpowiedzialnością. Niedopuszczalne jest bowiem zrobienie z tego miejsca czegoś na kształt parku przy ul. Partyzantów czy Sowińskiego. Parków, które zostały po pierwsze wyremontowane z funduszy na rewitalizację, a nie zrewitalizowane (odsyłam do ustawy o rewitalizacji z 9 października 2015 r.), po drugie zaś zostały oszpecone, a zasoby naturalne ograniczone na rzecz ciągów pieszych i nawierzchni utwardzonych. Las Odrzański to miejsce dzikie, wpisane powierzchniowo w obręb obszaru Natura 2000 „Dolina Środkowej Odry” (obszar ptasi) oraz „Krośnieńska Dolina Odry” (obszar siedliskowy), z pomnikami przyrody i użytkami ekologicznymi oraz pozostałościami cennymi z punktu widzenia historii regionu. Patrząc na przeważające podejście wobec przyrody w mieście (remonty – „rewitalizacje” parków, propozycja parku linowego w Dolinie Gęśnika – raju ptasim, redukcja terenów wilgotnych i zbiorników wodnych, remont Wagmostawu – dziś niesłychanie nieprzystępnego szeroko rozumianej faunie, deprecjonowanie działalności edukacyjno-naukowej ogrodu botanicznego, wycinka przy CRS, zastąpienie pierwotnych planów o budowie pierwszego w Polsce muzeum historii naturalnej i ogrodu zoologicznego w pełni praw projektami centrum przyrodnicze i minizoo „Bajkowa Zagroda” (zobacz pełen artykuł! - kliknij) czy absolutna nieprzychylność wobec objęcia Parku Poetów szczególną formą ochrony, np. jako zespół przyrodniczo-krajobrazowy) mam obawy wobec efektu finalnego „rewitalizacji” parku w Zatoniu czy realizacji inwestycji obwodnicy południowej. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem przyrodnikiem od zawsze, biologiem, który wielbi przyrodę, ale też rozumie potrzebę rozwiązywania konfliktów w mieście i poszukiwania rozwiązań. Innymi słowy – nie wiążę się do drzew, dyskutuję merytorycznie. Niemniej swoje widziałem, gdy brałem udział w pracach przy inwentaryzacji pomników przyrody Zielonej Góry (2016 rok) oraz przy przeglądzie zdrowotnym drzew w pasach drogowych dawnej Zielonej Góry (2017 rok). I mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że pod względem przyrodniczym miasto jest zaniedbane i panuje zbyt niska świadomość tego, jak bardzo pokaźny potencjał ekoturystyczny posiada nasze miasto i najbliższa okolica, nie mówiąc o regionie. Życzyłbym sobie i Państwu, abyśmy wszyscy to w końcu pojęli i część starań poświęconych ściąganiu inwestorów skierowali na rzecz ściągania ekoturystów. Tak się składa, że na strefie gospodarczej w Nowym Kisielinie ścięto okaz dębu szypułkowego, który rósł przy samym rowie odwadniającym, przy drodze. Obecnie powstająca hala nie wskazuje na żaden możliwy konflikt przestrzenny z drzewem, które miało ok. 3,8 metra obwodu pnia (mierzone w 2016 roku). Czy faktycznie musimy pozbywać się wszystkiego bez mrugnięcia okiem?

1 4 2 bukkrepa

Pomnikowy buk o pierwotnie trzech pniach z byłej m. Krępa - kliknij i poznaj zielonogórskie pomniki.

Wróćmy na chwilę do pomników przyrody. Na terenie byłego miasta najwięcej takich obiektów znajdziemy w centrum, na i przy deptaku. Spotkanie z Ruchem Miejskim Zielona Góra, wspomniane na początku, odbyło się na Placu Makusynów. Miejsce nieprzypadkowe, ponieważ po pierwsze dbamy o akcenty historyczne – od winiarstwa po historię nowożytną, w którą absolutnie wpisują się Makusyny. Po drugie zaś, przy Placu znajduje się piękny dąb szypułkowy, którego wiek szacowany jest na 150-200 lat, będący pomnikiem przyrody. Aby dopełnić symboliki miejsca ogłosiliśmy, że przygotowaliśmy wniosek do Rady Miasta Zielona Góra o nadanie nazwy niniejszemu dębowi „Dąb Zbigniew Czarnuch” od godności założyciela Makusynów. Propozycja zyskała aprobatę zarówno samego pana Zbigniewa Czarnucha, jak i czekających na spotkanie Makusynów. Proszę się nie dziwić, że taka propozycja pada za życia imiennika! Chociaż sam Pan Zbigniew wyraził zarówno wzruszenie i zdumienie, to nie jest to rzadka praktyka. Wystarczy prześledzić historię pomnikowych zielonogórskich dębów nazwanych na cześć leśników opiekujących się przez lata tymi drzewami. Mamy nadzieję, że wniosek zostanie rozpatrzony pozytywnie i niebawem w bliskim sąsiedztwie „Dębu Lubuszan” towarzyszył nam będzie „Dąb Zbigniew Czarnuch”. Ocalajmy od zapomnienia ludzi, którzy zapisali karty historii miasta i budowali jego tożsamość. Ocalajmy drzewa-pomniki przyrody korzeniami związane z miastem. Stwórzmy projekt „Wielkie drzewa – wielcy ludzie”. Od „Dębu Zbigniew Czarnuch”, gdyby udać się niemal w jakimkolwiek kierunku, dotrzemy po chwili do kolejnego pomnika przyrody! Czy to platan przy ul. Kazimierza Wielkiego, platan za rondem Romana Dmowskiego, cis przed dworcem PKP, cypryśniki błotne przed Parkiem Tysiąclecia, przy ulicy Mieszka I czy dąb szypułkowy i grab pospolity przy Alei Niepodległości, a następnie „Dąb Lubuszan” na Placu Bohaterów i jesion wyniosły przy BWA... Tak, Drodzy Państwo, największe zagęszczenie pomników przyrody to centrum miasta. Znak historii, dawnych nasadzeń i jeżeli chcemy, aby taki stan rzeczy długo nam towarzyszył i następnym pokoleniom, to musimy po pierwsze zadbać o te drzewa, docenić ich wartość, a po drugie patrzeć w przyszłość, czyli zadbać o potencjalnych następców. I o ile zapewne znajdą się jeszcze tacy, to z trwogą doznaję wrażenia, że z kolei tych następców nie będzie miał kto zastąpić. Bo sadzimy bardzo rzadko i jeszcze rzadziej o te nasadzenia dbamy, co pokazują świeżo nasadzone i już uschnięte dęby odmiany ‘Fastigiata’ przy ulicy Nowej. Z przykrością stwierdzam również, że przegląd kondycji drzew przydrożnych z 2017 roku wykazał, że 1/3 drzew potencjalnie do usunięcia to właśnie młode nasadzenia, zmarnowane, uschnięte, pozostawione same sobie...

1 9 3 cyprysniki

Pomnik przyrody - dwa cypryśniki błotne przy ulicy Mieszka I, Zielona Góra (15.10.2017).

Podsumowując, moja diagnoza jest rzeczywiście gorzka, ale jeszcze wiele nie jest stracone. Apeluję do wszystkich mieszkańców, doceńmy wartość naszej przyrody miejskiej i wiejskiej. Szukajmy kompromisów, łączmy inwestycje z poszanowaniem zasobów naturalnych, nie degradujmy dziedzictwa, które jest nie do odtworzenia we współczesnych realiach. Raz zniszczona łąka roślin wilgociolubnych nie odtworzy się w innym miejscu i sama nie powstanie ot tak. Rozpoznajmy nasze bogactwo, mówmy o nim głośno, bądźmy z niego tak dumni, aby Ci z zewnątrz nam zazdrościli i z chęcią odwiedzili nasz region, nasze miasto. Postawmy na ekoturystykę, która naturalnie łączy się z enoturystyką, czyli turystyką winiarską! Już niebawem zaproponujemy Państwu (w ramach działalności Ruchu Miejskiego Zielona Góra) możliwe szlaki eko-enoturystyczne, które mogą się okazać atrakcyjne zarówno dla mieszkańców, jak i turystów. Bo jak dotąd były one dość ignorowane.

 modrzewie zkm

Pomnik przyrody - aleja modrzewi w lesie k. Raculki (26 IV 2017) - spis pomników przyrody Zielonej Góry (kliknij).

Sebastian Pilichowski*

Sebastian Pilichowski – edukator w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Zielonogórskiego, prowadzi działalność przyrodniczo-edukacyjną „Żywa Edukacja – Sebastian Pilichowski” oraz jest członkiem założycielem stowarzyszenia Ruch Miejski Zielona Góra. Autor publikacji edukacyjnych i naukowych, współautor inwentaryzacji pomników przyrody ożywionej miasta Zielona Góra z 2016 roku oraz przeglądu zdrowotnego drzew przydrożnych Zielonej Góry sprzed fuzji z 2015 roku (2017 rok).

 

Na mapie poniżej zaznaczono Plac Makusynów w Zielonej Górze.

Konflikt o aleję w Suchej

Kategoria: przyrodaartykuly
Opublikowano: niedziela, 05, listopad 2017
Sebastian

Sucha, niemal sam skraj współczesnej Zielonej Góry, do niedawna jeszcze odrębna miejscowość wiejska. Na północnym wschodzie Suchej powstaje potężne osiedle domów rodzinnych. Wszystko według uznania, niemniej w mojej ocenie osiedle odzwierciedla jak bardzo narasta ciasnota w wyniku ekspancji ludzkiej. Domek, pasek ziemi wokół, domek, pasek ziemi wokół, domek... Uliczka oddzielająca rząd domów i powtórka. Przy powstającym osiedlu przebiega droga wylotowa na Otyń, a zatem i drogę ekspresową S3. Z kolei wzdłuż drogi rośnie aleja drzew. Aleja - czyli termin oddziałujący niczym płachta na byka wśród osób lokalnie rządzących. Obecnie w Suchej miejskie potrzeby to standardy przenoszone na teren wiejski. Kanaliza, piękny asfalt, brak drzew - oto potrzeby. Zezwolono na budowę osiedla przy samej alei, więc automatycznie powstał problem drzew rosnących przy drogach wylotowych z osiedla. Istniejąca droga asfaltowa wbrew pozorom nie jest najgorszej jakości. Acz zawsze można lepiej. Przede wszystkim potrzeba zbudowania nowej drogi jest niekwestionowana, gdy mówimy o pierwszym z trzech planowanych odcinków inwestycji. Ten w istocie dotyczy wymiany dotychczasowej drogi pełnej dziur i kolein czy kocich łbów prowadzących do uszkodzeń samochodów. Jak temu zaradzić?

POLUB STRONĘ POŚWIĘCONĄ OBRONIE ALEI NA PORTALU FACEBOOK!

O ROLI DRZEW PRZECZYTASZ TUTAJ! KLIKNIJ TEKST LUB ILUSTRACJĘ!

jesion liscie

Rozwiązanie? Zlikwidujmy aleję. Żadnych kompromisów, choć są i tacy, którzy starali się je osiągnąć. Mimo zapewnień ze strony urzędu, że usunięte zostaną pojedyncze "realnie zagrażające" drzewa i susz konarowy, na tę chwilę wydano wyrok na kilkadziesiąt drzew. Urzędnik, z którym prowadziłem korespondencję wyjaśniającą, coraz bardziej spłyca odpowiedzi na pytania uchylając się od odpowiedzi, czy wykonano inwentaryzację przyrodniczą alei oraz jakie działania zostaną podjęte celem ochrony niewielkiego stanowiska widłaka goździstego, zlokalizowanego tuż przy alei. Widłak goździsty to roślina objęta częściową ochroną, o kosmopolitycznym zasięgu, ale o zarazem kurczącym się zasięgu. Jako główna przyczyna podaje się gospodarkę leśną, w wyniku której degradowane są siedliska i same rośliny. Widałki to zarodnikowe rośliny reliktowe, które szczyt swej chwały mają już dawno za sobą. Uczono Cię w szkole kiedyś o paprociach i krewnych? To na pewno mówili Ci o widłakach. Grunt czy pokazali Ci wtedy widłaka na żywo? Ok. 10 lat nawet może trwać rozwój pierwszego stadium widłaka - gametofitu, zanim ujrzymy to, co uznajemy za widłaka, czyli stadium sporofitu. Dziesięć lat. W tym czasie nie widać nic, gametofit rozwija się w swej niepozornej postaci w glebie. Skoro mamy tu widłaka, to czy nie ma również w samej alei innych cennych i rzadkich gatunków? Przed paru latu widziano pod aleją parę dudków...

Wielowątkowy charakter sporu o drogę i aleję poruszyła w reportażu Małgorzata Nabel-Dybaś na antenie Radia Zachód (kliknij).

Jakie znaczenie mają aleje drzew? Od razu odbijmy chory argument zagrożeń płynących z drzew alejowych. Po pierwsze główną przyczyną wypadków jest zły stan techniczny dróg i nieprzestrzeganie zasad ruchu drogowego przez kierowców, a nie obecność drzew. Po drugie, to że drzewo może się przewalić to fakt. To że wiatr może powalić drzewo, urwać gałąź to fakt. Ale również faktem jest, że człowiek ginie przejechany przez samochód lub doznaje poważnego uszczerbku na zdrowiu, im lepsza droga, tym większy ruch, im większy ruch, tym więcej kolizji. Może więć należy zabronić kupna aut, tak jak już wkrótce będzie to miało miejsce w Singapurze? Wróćmy do roli drzew alejowych, co wyjaśniłem w skrócie w pierwszym liście z opinią o planowanych wycinkach. Drzewa hamują spływ powierzchniowy. Oznacza to, że w wyniku ulew okolica nie jest tak gwałtownie zalewana jak przy braku drzew. Ich korony stanowią doskonałą barierę zatrzymującą masę wody, do tego drzewa korzeniami wypompowują spore ilości wody i odparowują ją. Swymi korzeniami wiążą również grunt i uczestniczą w wymianie gazowej w glebie. Drzewa wreszcie dają cień, obniżają temperaturę otoczenia latem, filtrują powietrze, w tym zanieczyszczenia, magazynując część w swoich tkankach, stanowią zielony korytarz umożliwiający przemieszcanie się rozmaitym zwierzętom, a ponadto służą jako dom i schronienie, miejsce rozwoju, wrostu i rozrodu rozmaitym organizmom - od skali mikro po makro. Czy ktoś sobie zadał trud dokonania inwentaryzacji przyrodniczej? Wygląda na to, że nie.

DOWIEDZ SIĘ O ROLI DRZEW W MIEŚCIE TUTAJ!

aleja foto 01

Oczywiście, pewnym problemem przyrodniczym jest to, że aleja tworzona jest głównie przez dęby czerwone i robinie akacjowe, drzewa gatunków obcych. Ale mimo to, NIE MOŻNA obniżać ich wartości! Wartości przyrodniczych dla miejsca, wartości historycznych i kulturowych. Cały krajobraz przyrodniczy obecnej Zielonej Góry, tak dawnego Grunberga jak i obszarów wiejskich zawdzięcza wiele myśli przestrzennej Niemców. A ta akurat miała swe założenia, plany, czyli coś, czego zabrakło w powojennej Zielonej Górze, a w szczególności współczesnej. Brak planu zagospodarowania dla całej obecnej Zielonej Góry powoduje jeszcze większy chaos niż dotychczas (co wydawałoby się skrajnie niemożliwe). Pokłosiem połączenia miasta z gminą jest likwidacja alei drzew i rozmaitych miejsc cennych przyrodniczo. Totalna negacja ekspertów, społeczników znajduje swe odbicie w decyzjach podejmowanych zgodnie z "widzi mi się" władców miasta. Zrzucanie winy i odpowiedzialności z podmiotu na podmiot, uchylanie się od jasnych i rzeczowych komentarzy - tak wygląda od lat Zielona Góra.

aleja foto 02

W Suchej odbyło się głosowanie, którego przebieg jest kwestionowany przez licznych mieszkańców Suchej, którzy opowiadają się za utrzymaniem alei. Nie rozumiem wcale przy tym, jak dobro wspólne, jakim jest aleja drzew niosąca wspomniane już wartości, może być likwidowane na skutek konsultacji wśród gartski mieszkańców. Odnosząc się do odpowiedzi pana Urbańskiego z dnia 30 października 2017 roku - rozumiem, że równie dobrze można zapowiedzieć wybory samorządowe, wyznaczyć ograniczoną porę udziału w wyborach i trudno, przecież każdy wiedział, że są wybory, a to że musiał być np. w pracy... Kwestia wyboru, obowiązki zawodowe lub wybory. Pozdrawiam m.in. lekarzy. Albo operuje albo bierze udział w wyborach. Dobrze rozumiem, panie Urbański?

Poniżej załączam pełną korespondencję. Polecam wszystkim zaangażować się w ochronę alei, wypracowanie kompromisu i przede wszystkim apel do władz, zacznijcie wy wreszcie słuchać innych, nie tylko siebie.

Sprawa była poruszana na łamach zielonogórskiego dodatku do Gazety Wyborczej, kliknij tutaj.

aleja sucha

aleja sucha wid 1117

 

Międzynarodowy Dzień Matki Ziemi 2018

Kategoria: przyrodaartykuly
Opublikowano: niedziela, 22, kwiecień 2018
Sebastian

fb logoKończy się Międzynarodowy Dzień Ziemi. Nie oznacza to jednak, że dzisiejszy ukłon w kierunku przyrody nie ma trwać... stale.

Co dziś Zrobiłaś/Zrobiłeś? Pochwal się. Daj znać. Ja posadziłem znowu trochę drzew, krzewów i bylin w swym nowym ogrodzie. Udało mi się uciec ze zgiełku miasta na wieś, pod las. Zapraszam, Rzuć okiem na tę moc kwiecia i wsłuchaj się w rój pszczół i trzmieli, pracowicie zapylających te wszystkie kwiaty. Co najważniejsze, za darmo. Ludzką miarą mierząc.

P.S. Szyba brudna, wybaczcie. Poddasze dopiero do adaptacji ;) Za jakiś długi czas ;)

Czytaj więcej: Międzynarodowy Dzień Matki Ziemi 2018

Attenborough jest jeden

Kategoria: przyrodaartykuly
Opublikowano: niedziela, 18, czerwiec 2017
Sebastian

dero lobata niekop"Wracamy do tego, co było na początku menażerii i sprowadzania zwierząt z dalekich zakątków świata. Wracamy do show, do Koloseum, do aren starożytności, gdy stawiano naprzeciw sobie słonie i nosorożce, lwy i tygrysy lub te zwierzęta i ludzi. Szkoda, że po upływie tylu lat i posiadaniu takich możliwości technicznych nadal Attenborough jest jeden. Ale jak długo?"

Przyroda to dynamiczny układ, pełen bogactwa form, strategii, powiązań i przemian. Jako ludzie mamy tendencję do ujmowania jej w stworzonych przez nas ramach. Postrzegamy przyrodę przez pryzmat piękna, by po chwili określać liczne zwierzęta jako odrażające, ohydne i przerażające. Lubimy mówić o jej dzikości, naturalności, a zaraz definiujemy drapieżnictwo jako igrzysko pełne brutalności. Generalnie nie mamy jako ludzkość, jako społeczeństwo spójnego światopoglądu, ciężko nam zaakceptować z jednej strony neutralność przyrody, z drugiej naszą nieuniknioną zależność od jej łask i dobrodziejstw. Trudno pokazywać przyrodę za pomocą mediów, gdyż taka forma przekazu nigdy nie odda jej złożoności. Możemy zobaczyć nagrania, zdjęcia, usłyszeć dźwięki. Wielu autorów, fotografów, producentów prześciga się wręcz w kunszcie stosowanych technik i umiejętności. Nie byłoby też to możliwe, gdyby nie postęp w rozwoju dostępnych narzędzi. Nie bez znaczenia jest też powszechny dostęp do telewizji i Internetu. W zasadzie każdy z nas współcześnie może pokazywać i dokumentować fantastyczne zjawiska, procesy i zdarzenia ze świata przyrody. Posiadamy aparaty, dyktafony i kamery w naszych kieszeniach. Ciekawe, ile daliby sławni przyrodnicy z poprzednich stuleci, by móc korzystać z tak podręcznych i użytecznych narzędzi. Z drugiej strony, autorzy ci byli wręcz artystami, niesamowicie szkicującymi i rysującymi, oddając wszelkie detale portretowanych zwierząt, grzybów i roślin. Niekwestionowanym królem programów przyrodniczych jest niesamowity Sir David Attenborough, Londyńczyk urodzony 8 maja 1926, od dekad nagrywający i realizujący zapierające dech w piersiach filmy dokumentalne o przyrodzie. Stosowana przez niego forma przekazu pozbawiona jest zaaranżowanego okrucieństwa czy nastawienia na ciągle toczone walki z podniosłym komentarzem jak na gali MMA. Coraz częściej, niestety, telewizja i Internet serwują nam właśnie taki obraz przyrody. Obraz ciągłej walki, w której na siłę dostrzega się okrucieństwa, nie mówiąc o błędach merytorycznych, szczególnie po stronie tłumacza. Stosowane epitety: obrzydliwy, straszny, zabójczy są powszechne również w literaturze. Książki dla młodego odbiorcy też są przesycone opiniotwórczymi hasłami. Uważam, że jeżeli mamy opowiadać o przyrodzie, to w pozytywnym tonie, ale ukazując naturalność panujących zależności, starając się nie oceniać ich przez pryzmat dobra, zła i odrazy.

bugswars01

"Brutalna walka nie kończy się tu jedynie pokonaniem przeciwnika"

Dziś po raz kolejny miałem sposobność obejrzeć jedną z amerykańskich produkcji totalnie zmarnowaną. Zmarnowaną, gdyż mimo fantastycznych ujęć, ostrych kadrów bezkręgowców, sposób prowadzenia narracji, jak i sam pomysł są absurdalne. Tytuł polski: „Pojedynki owadów -  top 10” (2011 rok, USA, oryg.: „Monster Bug Wars”). Film był pewnym podsumowaniem serii, w której pokazywano starcia różnych bezkręgowców. Znając życie, mało naturalności w tych starciach było. Program, owszem, pokazuje różnorodność arsenału ofensywy i defensywy w świecie zwierząt, ale czy konieczne jest aranżowanie pojedynków, często z góry przesądzonych? Do tego opatrzonych komentarzem będącym pomieszaniem naukowych faktów, błędów i beznadziejnych porównań w tonie komentatora sportów walki. W polskiej odsłonie skolopendra została nazwana owadem, raz i pająkowi się dostało i został nazwany owadem. Zresztą przyjrzyjmy się polskiego tytułowi – „Pojedynki owadów”, a w tylko dzisiejszym odcinku wystąpiło kilka gatunków pająków, modliszek, owadów, skolopendra, krab i pijawka. Po raz kolejny dostaliśmy mierny przykład lichego tłumaczenia z języka angielskiego. Jeżeli już, należało zatytułować produkcję „Pojedynki robali”, aczkolwiek pominę komentarz do nacechowanego słowa „robal”, raniącego każdego zoologa. Dziś obejrzałem „pojedynek” straszyka australijskiego z modliszką Hierodula majuscula z Australii. Straszyk został przedstawiony jako owad o niezwykłym pancerzu, o licznych kolcach. Każdy hodowca straszyków, który miał z nimi styczność doskonale wie, że mimo swych rozmiarów nie są to szczególnie „pancerne” owady. Daleko im do przedstawicieli rodzaju Eurycantha. Pojedynek polegał na tym, że dorosła samica straszyka podeszła w zasięg dorosłej modliszki i już. Drapieżnik złapał i zjadł. Do tego na siłę oba owady opisywano jako mieszkańców lasu deszczowego, podczas gdy Australia ma go dość niewiele, niemniej straszyk australijski ma dwa główne centra rozmieszczenia na kontynencie. Są to populacje południowo-wschodnio-australijska i południowo-zachodnio-australijska. Tam lasów deszczowych próżno szukać. Mało wyrównana była też walka modliszki i ptasznika... wystarczy przecież by pająk wpompował jad w ciało modliszki i wynik już jest znany. W narracji walki trzyszcza i świeszczo-podobnego przedstawiciela rodziny Gryllacrididae słyszymy, że trzyszcz ma wielkie szczęki, a w rzeczywistości żuwaczki.

bugswars02

Ciężko przetłumaczyć na język polski tabele przeciwników... choć może to dobrze.

Mam wrażenie, że tego typu produkcje są elementem swoistej spirali, mianowicie są odpowiedzią na popyt na walkę okraszoną okrucieństwem (nawet jeśli wmówionym), a zarazem – przez swe świetne techniczne wykonanie – indukują potrzebę oglądania. Widać to zbierających masowe wyświetlenia amatorskich nagraniach na YouTube, gdzie właściciele zwierząt wrzucają filmiki z ich pupilami polującymi na ofiary. Karmienie, polowanie i spożywanie to naturalne czynności, niemniej robienie z nich wielkiego „wow” uwłacza rozumieniu i postrzeganiu przyrody. Chociaż w dobie współczesnego Internetu nie powinno to chyba dziwić, skoro ludzie sami upiększają sieć zdjęciami posiłków. Wracając jednak do zwierzaków – mam od lat dwa „ulubione” negatywne przykłady z YT. Pierwszy – właściciel wrzuca do terrarium z dwiema agamami brodatymi złapaną w okolicy jaszczurkę w typie naszej zwinki i wraz z kolegami oglądają jak agamy rozrywają jaszczurkę, zaraz po tym jak pierwsza ją łapie. Drugi – kadr przedstawia tunel w podłożu terrarium prowadzący prosto do sporego ptasznika i mysz powoli schodzącą coraz niżej, aż w końcu kończy w szczękoczułkach pająka. Owszem, może i jest to pokaz siły bezkręgowca, który może sobie pozwolić w naturze na polowanie na niewielkie kręgowce, ale czy jest to niezbędne w warunkach sztucznych? Zdecydowanie nie. Zdolności poznawcze, odczuwanie bólu, poziom świadomości sytuacji – te cechy są lepiej rozwinięte niż u owadów, zatem po co męczyć gryzonia i robić z tego pokaz? Oba filmy widziałem przed laty i skomentowałem, co spotkało się z agresywną odpowiedzią użytkowników YT na zasadzie „jesteś zbyt wrażliwy, nie oglądaj”. Właśnie chyba o to chodzi, o brak wrażliwości, empatii, chęć oglądania krwawych igrzysk. Rozmawialiśmy o tym już kilka razy w Radio Zachód w audycji Małgorzaty Nabel-Dybaś "Między nami zwierzętami". Wracamy do tego, co było na początku menażerii i sprowadzania zwierząt z dalekich zakątków świata. Wracamy do show, do Koloseum, do aren starożytności, gdy stawiano naprzeciw sobie słonie i nosorożce, lwy i tygrysy lub te zwierzęta i ludzi. Szkoda, że po upływie tylu lat i posiadaniu takich możliwości technicznych nadal Attenborough jest jeden. Ale jak długo?

Podkategorie