baner fb warsztaty

Metodyka przyrodoznawstwa

Kategoria: Recenzje książek
Opublikowano: niedziela, 02, lipiec 2017
Sebastian

powrót


T. Męczkowska, St. Rychterówna
Metodyka przyrodoznawstwa. Wskazówki praktyczne dla nauczycieli seminarjów, szkół powszechnych i średnich.
Wydanie III.

Wydawnictwo M. Arcta w Warszawie
1923
212 stron + spis rzeczy

Spis rzeczy:

metodyka przyrodo rychmeczWstęp.
1. Wskazówki metodyczne.
2. Wycieczki, ich znaczenie i sposób prowadzenia.
3. Opis kilku wycieczek w okolice Warszawy.
4. Wycieczki w samej Warszawie.
5. Materjały do prac samodzielnych i do muzeum szkolnego, zebrane przez uczniów samodzielnie lub na wycieczkach pod kierunkiem nauczyciela.
6. Pogadanki.
7. Materjały do pogadanek.
8. Plany prac (a) Życie w wodzie, b) Pole).
9. Ćwiczenia samodzielne z mineralogji, fizyki i chemji.
10. Systematyczny kurs przyrodoznawstwa dla VII. Oddziału szkoły powszechnej.
11. Bibljoteka szkolna.
12. Tablice.

Książka z pierwszej połowy XX wieku, jeszcze sprzed II wojny światowej i nieobarczona tak wielkim wpływem ideologii socjalistycznej, jaki jest odczuwalny w literaturze fachowej powojennej. Mimo upływu lat teksty są lekkie, rzetelne, łatwo przyswajalne. To, co uwielbiam w tych dawnych książkach, to język ubarwiony, nieco kwiecisty, czasem – gdy spojrzeć przez pryzmat współczesności – kolokwialny. Ta książka pokazuje zasadniczą różnicę między suchymi książkami wydawanymi w obecnym duchu, a tych z przeszłości. Uważam, że kryzysy nauki i edukacji, które obecnie przeżywamy globalnie, to w dużej mierze nieprzystępność pozycji naukowych dla szarego zjadacza chleba. Nauka stała się nieczytelna, trudna w odbiorze (a nie zawsze taka musi być) i zapewne to zniechęca przeciętnego człowieka do zaznajamiania się z wynikami badań, z trudniejszymi zagadnieniami. A jak zniechęca, to z czasem odrzuca, a w konsekwencji przeciętny Kowalski zaprzecza nauce. Dlatego tak ważna jest edukacja i stąd warto sięgać po takie książki jak „Metodyka przyrodoznawstwa [...]”. Nauczyciel znajdzie tu odkrywane współcześnie na nowo wskazówki metodyczne, omówienie różnych form kształcenia i wychowywania (bo czy tego chcemy, czy nie, szkoła również wychowuje), uwrażliwiania na problemy środowiskowe, na estetykę przyrody itd. Oczywiście, że wraz z czasem zmieniły się dostępne narzędzia, przede wszystkim świat się zmienił – stan wiedzy, wartości, ludzie, przyroda. Ale wiele propozycji można z powodzeniem spróbować dziś wcielić na nowo w edukację szkolną, a nawet cały system edukacji. W książce znajduje się cały szereg cytatów wartych wypisania, przemyślenia i użycia przy omawianiu rozmaitych zagadnień.

Książkę polecam wszystkim nauczycielom, edukatorom, dydaktykom, rodzicom i każdemu, kto interesuje się przyrodą, zdobywaniem wiedzy o niej, by dalej ją przekazywać. Autorki duży nacisk położyły na metodę pracy, tj. metodę, w której uczeń sam przeprowadza obserwacje, doświadczenia i uczy się wnioskowania, nie na podstawie gotowych odpowiedzi w pytaniach i pytań obarczonych sugestiami, a na podstawie własnego rozumowania. Nauczyciel jest po to, aby czuwać nad wykształcaniem u dzieci umiejętności analizy i dokonywania spostrzeżeń. Współczesna Szkołą jako instytucja zapomniała o tym. Dziś niesamowite wydają się propozycje, aby to uczeń nadawał w dużej mierze bieg lekcji. Autorki wielokrotnie powtórzyły, że nauczyciel związany z nauką o przyrodzie musi być w stanie swobodnie rozmawiać o niej, tj. o różnych organizmach, panujących między nimi zależnościami, o środowisku i jego warunkach. Nauczyciel taki powinien wzbudzać zainteresowanie u uczniów oraz je podsycać. Jeżeli uczeń podczas spaceru do szkoły spotka po drodze motyla i opowie o nim lub go przyniesie, nauczyciel powinien odpowiedzieć na ciekawość ucznia i starać się włączyć obiekt zainteresowania w lekcję. W tym miejscu rodzi się bardzo ważna kwestia – nauczanie przyrody powinno być związane z tym, co aktualnie dziecko może dostrzec za oknem. Niejednokrotnie byłem świadkiem jak treści podstawy programowej były realizowane w odrealnieniu od fenologii.

„Uczeń, dostarczając materjału do lekcyj [...] sam jakby nadaje kierunek pracom szkolnym; wobec tego naucziel musi posiadać dużą wiedzę przyrodniczą i umiejętność przeprowadzenia pogadanki bez uprzedniego przygotowania”

Względnie niedawno, gdy chodziłem do szkoły jako uczeń, nauczyciele chemii i fizyki pokazywali rozmaite doświadczenia, niekiedy, a szczególnie w liceum, będąc na specjalizacji bio-chem-fiz, wiele z nich robiliśmy sami. Z biegiem lat spotkałem masę uczniów szkół podstawowych, gimnazjalnych i średnich, którzy po pierwsze żadnego doświadczenia w szkole nie przeprowadzili, po drugie nie przeprowadził go na nawet nauczyciel. Nietrudno wyobrazić sobie przyczynę coraz większego niezrozumienia przedmiotów takich jak chemia i fizyka, skoro kluczowe dla poznania treści zagadnienia są niczym innym jak schematem w podręczniku. Niestety uwielbiamy powtarzać błędy, które już dawno zostały wyeliminowane, a patrząc przez pryzmat ewolucji szkolnictwa w Polsce na przestrzeni ostatnich 15 lat, pogłębiamy ten regres.

„Do niedawna jeszcze nauczanie fizyki i chemji było oparte jedynie na doświadczeniu demonstracyjnem.”

Dla Warszawiaków ciekawymi mogą się okazać opisy wycieczek przyrodniczych, choćby po to, aby pojechać w te miejsca i porównać to, co opublikowano w 1923 roku ze stanem współczesnym. Czytelnik znajdzie w książce następujące wycieczki: 1) Wycieczka jesienią do Siekierek, 2) Wycieczka wiosną do Siekierek, 3) Do Łazienek, 4) Na Bielany oraz podmiejskie wycieczki: 1) Park Skaryszewski, 2) Drewnica, 3) Struga, 4) Jabłonna, 5) Wilanów, 6) Konstancin, 7) Czersk. Autorki wskazały jeszcze kilkanaście punktów docelowych, kładą też bardzo duży nacisk na zbieranie, opracowywanie i gromadzenie materiału biologicznego przez uczniów dla szkoły. Obecne szkoły są często źle wyposażone w materiał, nie mają gdzie go gromadzić (często nie chcą znaleźć takiego miejsca), ale i pozbywają się (!) rozmaitych plansz, okazów, preparatów mokrych i suchych. A niegdyś, jak się okazuje, naturalnym było tworzenie czegoś na wzór gabinetu przyrodniczego, gabinetu zoologicznego itd. A jakie byłoby to cenne z naukowego punktu widzenia – dokonać inwentaryzacji 50-letnich zbiorów szkolnych w regionie i kraju.

„Istotnie, aby na wycieczce umieć zwrócić uwagę na ciekawe zjawiska, trzeba samemu orjentować się w splocie zjawisk, znać ciekawe okazy i przystosowania.”

„Gromadzeniem zbiorów szkolnych należy zainteresować wszystkie dzieci i wówczas dopiero urządzić wycieczkę z całą szkołą”. – Oczywiście zajęcie odbywają się pod nadzorem nauczyciela, który informuje o tym, co można i należy w ramach wycieczki zbierać, a czego nie.

Wycieczki nie mają też mieć rygorystycznego charakteru, należy dać upust zabawowej i zwyczajnie dziecięcej naturze uczniów. Patrząc na grupy przychodzące na lekcje do Ogrodu Botanicznego, w którym pracuję (a przynajmniej, gdy piszę te słowa) dostrzegam bardzo duży przekrój nauczycieli i uczniów. Zdarzają się grupy chaotyczne, ułożone jak w zegarku, zarazem bardzo ciekawskie, w których uczniowie wzajemnie się stymulują do zadawania pytań i wzbudzania zainteresowania. Z dziećmi i młodzieżą trudno pracować, ale też nie każdy powinien to robić.

„Rozmowy nauczyciela z dziećmi w drodze nie powinny ograniczać się wyłącznie do tematów przyrodniczych. Owszem, należy rozwijać z uczniami pogawędkę o rzeczach ubocznych, aby wycieczka miała charakter życzliwy, przyjacielski.”

Potrzebę kształcenia z zakresu przedmiotów przyrodniczych poprzez kontakt, praktykę i wycieczki niech podsumuje niniejszy fragment:

„Z wycieczkami wiąże się nietylko umysłowa korzyść dzieci; doznają one wśród przyrody radości życia, a gdy tych chwil pogodnych w życiu dziecka będzie jak najwięcej, życie nabierze powabu, uroku i pełni.”

* pisownia w cytatach oryginalna

Krewetka Rudloe

Kategoria: Recenzje książek
Opublikowano: niedziela, 25, grudzień 2016
Sebastian

powrót

Jack Rudloe, Anna Rudloe
Tłumaczenie: Radosław Madejski
Krewetka, czyli nieustające poszukiwania różowego złota.
(oryg.: Shrimp, the endless quest for pink gold.)
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice.
2011 r.
ISBN 978-83-7508-276-0
214 stron

krewetka rudloeJack i Anna Rudloe to badacze życia morskiego, szczególnie zakochani w krewetkach, co da się poczuć po przeczytaniu niniejszej książki. Ich miłość jednak jest wielopłaszczyznowa – od fascynacji ich różnorodnością morfologiczną, rozwojową i ekologiczną, po aspekty kulinarne.

„Krewetki skalne okazały się fantastyczne, a ich niebywały smak nasuwał skojarzenie z homarem z Nowej Anglii. Z kolei łopaciarz był równie smaczny, o ile nie smaczniejszy niż inne langusty [...]” (strona 110.)

Dzieło państwa Rudloe to zdecydowanie coś więcej niż opowieść tytułowych skorupiakach, to opowieść o biznesie, ochronie środowiska i przyrody, roli człowieka w zaburzeniach przyrody, sposobach korzystania z owoców morza i wielu innych aspektach. Po przeczytaniu książki mam wrażenie, że autorom bliżej do zagadnień ochrony środowiska niż przyrody, a zatem do kwestii użytkowych zasobów przyrodniczych. Niemniej byłoby błędem stawiać ich w jednym szeregu z takimi ludźmi jak obecny minister środowiska, pan Szyszko, który sprawia nieodparte wrażenie postrzegania przyrody jako źródła zasobów do rozrycia. Autorzy książki bowiem przedstawili zmiany, jakie dokonały się w przemyśle rybołówstwa, szczególnie na polu połowu krewetek. Pokazali konflikty między chęcią zarobku i wyżycia z połowu w Stanach a importem tańszych krewetek z Azji. Nakreślili problem dostosowywania włoków i sieci, aby ograniczyć połów uboczny, szczególnie dotyczący żółwi morskich, co pociągnęło za sobą fale protestów rybaków ledwo wiążących koniec z końcem.

„- Przypuszczalnie niektóre gatunki są po prostu skazane na wyginięcie – zeznał Edwin Edwards, gubernator stanu Luizjana, wzbudzając gorący aplauz. – Gdybyśmy mieli rozstrzygać, czy to rybacy, czy żółwie mają być w tarapatach, to żegnajcie, żółwie.” (strona 129.)

Książka doskonale obrazuje problem niekompetencji i biurokratyzacji w rozmaitych strukturach zajmujących się środowiskiem i przyrodą.

„Agencje ochrony środowiska ustalają rozmiary krewetek i oczek sieci, ale nie czynią prawie nic, aby powstrzymać eksploatację gruntów, która prowadzi do zaniku terenów podmokłych.” (strona 172.)

Czytelnik dowie się, jak bardzo niebezpieczne są połowy krewetek, które niesamowicie potrafią się rozmnażać, ponosząc w niekorzystnych latach poważne straty w liczebności populacji. A że najlepsza pogoda na połów to sztorm lub chwila po...

„Jeżeli wypadniesz za burtę, w takiej temperaturze przeżyjesz najwyżej kwadrans, ale służy ona pandaletkom, wielu gatunkom ryb i niektórym krabom.” (strona 116.)

„Jeżeli zginie kilka milionów i miliardów krewetek, trudno. Dla natury liczy się gatunek jako zbiorowość, nie indywidualny osobnik. Krewetki zwyciężają w tej grze od milionów lat, napełniając swoimi larwami przybrzeżne wody mórz całego świata.” (strona 85.)

Jak duże znaczenie ma deszcz dla rozwoju krewetek, które w odpowiednim stadium migrują z rzek do estuariów, a dalej do mórz i oceanu streszcza jedna wypowiedź:

„Krewetki są jak trawa – skomentował to pewien rybak. – Jeżeli pada, to rosną, a jeżeli nie pada, to nie rosną.” (strona 80.)

A związane jest to ze zmianami zasolenia środowiska bytowania poszczególnych stadiów. Jeżeli nie ma deszczu zasolenie w strefach przybrzeżnych jest podobne jak w pełnym morzu i skorupiaki te przeżywają swoisty szok. Opady rozcieńczają te estuariów, dzięki czemu migracja młodych krewetek nie wiąże się ze znacznym skokiem z niskiego do wysokiego zasolenia.

Państwo Rudloe fantastycznie opowiadają biologię rozmaitych gatunków krewetek, posiłkując się własnymi doświadczeniami, jak i poławiaczy i ludzi związanych z tym biznesem. Ameryka Północna, Południowa, Afryka i Azja – poszukiwanie „różowego złota” nadal trwa i choć dwa gatunki dominują w handlu, to pozostaje wiele problemów do rozwiązania. Od zanieczyszczeń, melioracji, degradacji środowiska i przyrody w przypadku akwakultury, po zaburzenia życia morskiego, spalanie paliw przez kutry itd.

„Krewetki są dziś z powodzeniem hodowane na przeszło 300 tysiącach ferm. Hodowlane krewetki stanowią obecnie niemal połowę globalnej produkcji, a ich rynek przynosi 7 miliardów dolarów, licząc po cenach producenta, a ponad 20 miliardów w handlu detalicznym. Tylko 10 procent tych smacznych skorupiaków o biało-różowym mięsie konsumowanych w Stanach Zjednoczonych pochodzi z rodzimych kutrów krewetkowych [...]” (strona 188.)

Książka może służyć za cały arsenał niezwykle cennych wypowiedzi prezentujących konflikt i zależność ludzi i przyrody. Zwraca też uwagę na problem postrzegania środowiska przez pryzmat egoizmu, ale rzuca też światło nadziei:

„W latach dziewięćdziesiątych rozwinęła się w społeczeństwie świadomość ochrony środowiska naturalnego. Filmy o tematyce przyrodniczej na stałe weszły do programu telewizyjnego.” (strona 145.)

„Zgodnie z dominującym trendem polityka i pieniądze biorą górę nad nauką. Uporczywy pęd do osuszania i rekultywacji wciąż sprawia, że nieruchomości zamieniają się w idylliczne krainy odgrodzone falochronami i porośnięte wypielęgnowanymi trawnikami. Ludzie <<ulepszają>> swoje posiadłości i chcą, by wyglądały elegancko, a nie naturalnie, dzięki czemu zyskują na wartości.” (strona 152.)

Zdecydowanie polecam książkę każdemu. Łatwy język, na wstępie wprowadzenie w budowę krewetek i choć razi używanie terminu „ogon” wobec odwłoka krewetek, to autorzy wyjaśniając budowę określają tagmy krewetek prawdiłowo, a „ogon” to użyteczny termin dla przyswajalności tekstu przez laików. Niemniej, na niewiele ponad 200 stronach zostało zgromadzonych tak wiele informacji, że ma potencjał przekonania licznych sceptyków o słuszności podejmowania działań z zakresu ochrony środowisk i przyrody.

„Jeżeli oceany umierają, jak donosi wielu naukowców, potrzebna jest wizja bardziej długoterminowa. Wizja, w której powszechna tragedia pozwala sobie uzmysłowić, że przyszłość każdego człowieka jest nierozerwalnie związana z przyszłością wszystkich innych ludzi.” (strona 201.)

                                                                                                                                                                                                                                                                                             

Podręcznik biologii (Skowron - red)

Kategoria: Recenzje książek
Opublikowano: piątek, 09, grudzień 2016
Sebastian

powrót


Stanisław Skowron (red.) (Włodzimierz Korohoda, Henryk Rogulski, Karol Rzehak, Anna Skowron, Stanisław Skowron, Zbigniew Srebro)
Podręcznik biologii
Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, Warszawa.
1970 r.
Zamówienie nr 1453/69. D-12-471
624 strony

Lubię kupować stare książki o tematyce biologicznej, przyglądać się treściom, rycinom, zestawieniom itd. Itp. Jest to niezwykle cenne, gdy porównać to, co osiągnięto dawniej w systemie nauczania kontra dziś. Oczywiście należy spodziewać się wszechobecnej propagandy radzieckiej w książkach wydawanych w obrębie dawnego ZSRR, niemniej zdecydowanie nie należy lekceważyć literatury naukowej tego okresu. Bo wiele, wiele pozycji jest zaskakująco dobrych, perfekcyjnych jak na te czasy. Wystarczy odsiać pisaną miłość do zdobyczy intelektualnej i systemowej ZSRR i już.s skowron 1970 pod biologii

Niniejszy tekst powstaje (dokładnie 9.12.2016) w wyniku szykującej się zapewne małej wojny, związanej z marginalizacją nauczania ewolucjonizmu na wczesnych etapach kształcenia dzieci. Dotyczy to opracowywanej, nowej podstawy programowej dla klas V-VIII szkół podstawowych. A wszystko przez Komitet Biologii Środowiskowej i Ewolucyjnej PAN, którego przedstawiciele zareagowali negatywnie opiniując propozycję nowej podstawy programowej. Prócz okrojenia haseł związanych z teorią ewolucji, dokonano praktycznie usunięcia zagadnień ochrony środowiska.

Jaki związek z tą „zadymą” (a faktycznie ma miejsce, śledząc reakcje internautów) ma omawiana książka? Otóż „Podręcznik biologii” zgodnie z przedmową to „podręcznik biologii dla studentów medycyny i lekarzy”. Podzielony jest na cztery części:

  1. Biologia komórki (ss. 21-90).
  2. Genetyka (ss. 91-271).
  3. Ontogeneza (ss. 272-491).
  4. Ewolucjonizm (ss. 492-616).

Niesamowite, że autorzy podręcznika akademickiego dla lekarskiej społeczności wyszli z założenia, że należy poświęcić tak wiele miejsca EWOLUCJONIZMOWI!!! W przedmowie czytamy: „Część ostatnia (...) zawiera popularnie ujęte wiadomości z genetyki populacyjnej. Bez nich bowiem przedstawienie współczesnej teorii doboru naturalnego lub syntetycznej teorii ewolucyjnej jest trudne, jeśli w ogóle możliwe”. Pomyślmy chwilę. Dziś idziemy w kierunku, gdzie biologii uczyć się będą tylko uczniowie szkół podstawowych i uczniowie szkół średnich na właściwych kierunkach / fakultetach. Medycy coraz częściej, szczególnie młodzi, szydzą z biologii, poważając ewentualnie genetykę i biologię molekularną. A tu, w książce z 1970 roku mamy ponad sto stron wiedzy z ewolucjonizmu. Wspomniany Komitet PANowski zauważa, że nowa podstawa programowa niesie ryzyko oderwania teorii ewolucji od reszty programu, uniemożliwiając uczniowi opieranie całości biologii na zagadnieniach związanych z ewolucją. A zatem tracimy integralność nauczania.

Co z pewnością warte jest dostrzeżenia w „Podręczniku biologii” to „Uwzględniając bowiem współczesne kierunki w biologii i rzeczywiste potrzeby nauk lekarskich biolog musi podział swój oprzeć przede wszystkim na zdobyczach genetyki”. Nie da się zaprzeczyć, genetyka – potężny dziś dział biologii – przez ostatnie sto lat przeżył absolutny rozkwit. Nie ulega wątpliwości, że zdobycze genetyki umożliwiają leczenie wielu chorób, przewidywanie wad rozwojowych i wielu, wielu innych. Niemniej, słowa te uważam za pewne proroctwo, gdzie nie tylko w zakresie nauk lekarskich, ale ogólnie ujmując biologię, genetyka osiągnęła totalną dominację. Ochrona przyrody, bioróżnorodność – te działy cierpią w wyniku dysproporcji w nauczaniu. Uczniowie kończąc szkołę średnią mają w głowach zazwyczaj chaos genetyczny, o którym pragną zapomnieć jak najszybciej. Nie potrafią zaś nazwać drzewa o białej, charakterystycznej korze brzozą (autopsja).

Zdaje się, że naturalnym oczekiwaniem nie tak dawno temu jeszcze, było wykształcenie studentów na wysokim poziomie. To oznacza znajomość podstaw funkcjonowania świata – ludzkiego, jak i przyrody. W tym drugim worku znajdziemy teorię ewolucji, genetykę, naukę o bioróżnorodności, geologię i inne.

Czy zatem niemal pięćdziesiąt letnia książka może się komuś dziś przydać? Pomijając analizę porównawczą wczoraj i dziś, owszem. Jako inspiracja do prowadzenia zajęć. Jako źródło nieznanych, czasem zapewne pomijanych już faktów. Jako źródło rycin, które często są czytelniejsze w starych opracowaniach, aniżeli współczesnych. Należy przy tym pamiętać, że 50 lat to sporo czasu i należy uważnie zapoznawać się z rozmaitymi zagadnieniami, konfrontując je z aktualnym stanem wiedzy.

A tak z grubsza – książka na PLUS ;)

s skowron 1970 spis01 s skowron 1970 spis02

Język życia

Kategoria: Recenzje książek
Opublikowano: wtorek, 13, grudzień 2016
Sebastian

powrót



Francis S. Collins
Tłumaczenie: Magda Witkowska
Język Życia. DNA a rewolucja w medycynie spersonalizowanej.
(oryg.: The language of life. DNA and the revolution in personalized medicine.)
Laurum, Warszawa.
2011 r. (oryg. 2010)
ISBN 978-83-62195-05-3
347 stron

Autorem książki jest Francis S. Collins, ten sam, który dowodził olbrzymim międzynarodowym projektem Human Genome Project (HGP), mającym za zadanie poznać genom ludzki. Projekt realizowano w latach 1990-2003.

jezyk zycia collins„Od 2003 roku, dzięki powstaniu fundamentu w postaci pierwotnej sekwencji ludzkiego genomu, obserwujemy szybki postęp.” (s. 38) – to zdanie dobrze obrazuje esencję książki. Autor – lekarz i genetyk – na podstawie własnych doświadczeń opisuje rozmaite przypadłości genetyczne, drogę do ich diagnozy i leczenia lub łagodzenia objawów, nie tylko od strony medycznej i naukowej, ale i administracyjnej czy prawnej. Posiłkując się konkretnymi przypadkami pacjentów, głównie własnych, pokazuje jak wielkie znaczenie miała realizacja HGP. Medycyna spersonalizowana – przeznaczona mniej dla ogółu, a więcej dla jednostki, to główne tło pozycji. Czytelnik dowie się z niej, jak niesamowicie istotny okazuje się wywiad rodzinny, który niestety coraz powszechniej jest pomijany w dobieraniu metod leczenia pacjenta.

Czy książka przeznaczona jest dla znawców tematu tylko i wyłącznie? Zdecydowanie nie. Osobiście polecam książkę wszystkim zainteresowanym nieco innym spojrzeniem na medycynę – nowocześniejszym. Ale i licealistom przygotowującym się do matury lub wszystkim chcącym usystematyzować wiadomości z zakresu genetyki, gdyż książka została zaopatrzona w podstawowe wiadomości, niezbędne do zrozumienia tematu (Rozdział 1. Przyszłość już nadeszła oraz Dodatek A. Słowniczek i Dodatek B. Podstawy genetyki). Płynne omówienie zagadnień od mutacji i błędów w odczycie kodowanej informacji po zaburzenia chromosomalne, opracowywanie leków i przytoczenie rozmaitych chorób i zaburzeń genetycznych. Wszystko to, czego wymaga się na etapie szkoły średniej, a nawet studiów biologicznych i medycznych.

Książka składa się z podziękowań, wprowadzenia, dziesięciu rozdziałów i pięciu dodatków, na końcu został umieszczony skorowidz:

Rozdział 1. Przyszłość już nadeszła.

Rozdział 2. Defekt genetyczny to bardzo osobista sprawa.

Rozdział 3. Czy nadszedł już czas, żeby poznać własne sekrety?

Rozdział 4. Rak – sprawa osobista.

Rozdział 5. Co ma do tego rasa?

Rozdział 6. Geny a drobnoustroje chorobotwórcze.

Rozdział 7. Zależności między genami a mózgiem.

Rozdział 8. Geny a starzenie się.

Rozdział 9. Właściwy lek i właściwa dawka dla danej osoby.

Rozdział 10. Wizja przyszłości.

Dodatek A. Słowniczek

Dodatek B. Podstawy genetyki.

Dodatek C. Krótkie i osobiste spojrzenie na historię Human Genome Project.

Dodatek D. Racjonalne prace nad lekami.

Dodatek E. Zakres usług świadczonych przez firmy oferujące badania bezpośrednio klientom (stan w maju 2009 roku).

Bardzo ciekawe są anegdoty związane z prowadzeniem HGP, które zaznajomią czytelnika z ledwie ułamkiem przygód, tak od strony problemów natury naukowej, ale i brudnego rynku, gdzie firmy węszące interes zainteresowane są patentowaniem sekwencji genetycznych, celem odpłatności za terapię. Zaś autor uparcie wskazuje potrzebę darmowego i pełnego upowszechniania uzyskanych informacji, wszystko by pacjent w potrzebie miał maksymalnie ułatwiony dostęp do leczenia.

Wielu może zainteresować spojrzenie na rasy ludzkie, omówione w rozdziale 5., który warto podsumować cytatem: „Jeżeli my, ludzie, pragniemy podtrzymywać uprzedzenia rasowe i wykorzystywać je jako pretekst do prowadzenia wojny (...), nie możemy posługiwać się argumentem biologicznym.” (s. 173).

bestul_hurteau_jelen

Kategoria: Recenzje książek
Opublikowano: poniedziałek, 04, styczeń 2016
Sebastian

powrót


 

Scott Bestul, Dave Hurteau (przeł. T. Prochenka, M. Wasilewski)
Polowanie na zwierzynę płową. 301 umiejętności, które powinien opanować każdy myśliwy.
(oryg. "The total deer hunter manual. 301 essential skills")
Bellona, Warszawa.
2013-2014 r.
ISBN 978-83-11-13394-5
256 stron

We wstępie napiszę jedynie, że nie jestem zagorzałym miłośnikiem łowiectwa. Jestem za to jego zagorzałym przeciwnikiem. Jednakże błędnie jest twierdzić, że podręczniki dla myśliwych nie zawierają cennych wskazówek i nie stanowią źródła wiedzy o zwierzynie łownej. Wprawny przyrodnik przekuje bowiem to, z czego korzystają myśliwi, na swoją korzyść. Powyższe było powodem zakupu książki (opatrzonej promocyjną ceną), a dalej po zapoznaniu się z pewnymi treściami postanowiłem coś o niej napisać. Co niniejszym czynię.

W swej książce autorzy postanowili przybliżyć, jak to nazwali, 301 umiejętności niezbędnych dla fachowego łowcy jeleni. Zostały one pogrupowane w obrębie części wstępnej i trzech rozdziałów (Jeleń, Plan, Polowanie). Licznie pojawiają się anegdoty, schematy, zdjęcia i ilustracje. Z pewnością od strony graficznej książka prezentuje się bardzo dobrze. Porady omawiajają polowanie na kilka gatunków jeleniowatych zamieszkujących Amerykę Północną, z uwzględnieniem zaznajomienia się z siedliskiem zwierzęcia, topografii terenu, techniki polowania, wabienia i naganiania, rodzaju broni itd. Zaletą książki są również wzmocnienia rogów okładki, co z pewnością przeciwdziała niszczeniu jej przy częstym pakowaniu do plecaka.

Powyższy opis miał być obiektywny i mam nadzieję, że tak się prezentuje. Teraz czas na doznania osobiste i ocenę. Autorzy to klasyczni północnoamerykańscy maniacy strzelania do jeleni. Głównym argumentem odstrzału jeleni, podanym na samym początku: "[...] w całej Ameryce Północnej może ich być nawet trzydzieści pięć milionów [...] / [...] nasz kraj zamienił się w raj dla łowców jeleni". Czy pobrzmiewa tu gdziekolwiek tak chętnie powtarzane hasło przez eurpejskich myśliwych, szczególnie polskich "strzelamy, by regulować populacje" (na to też mam odpowiednią opinię)? Nie, nie pada. Jest dużo jeleni, więc strzelamy. Ot, sedno mentalności i już. Autorzy na początku książki proponują również mały psychotest, by sprawdzić, czy tak jak oni, czytelnik ma bzika na punkcie jeleni. Przytoczmy dwa zdania:

1) "Układasz palce dłoni jak pistolet i mierzysz z niego do reniferów ciągnących sanie Świętego Mikołaja na dekoracji świątecznej twojego sąsiada."

2) "Podnieca cię seksualnie zapach łani mającej ruję."

Myślę, że dalszy komentarz jest zbędny. W książce udało znaleźć mi się pewne oznaki empatii. A było to przy słusznym założeniu, że źle postrzelony jeleń będzie się biedny wykrwawiał na śmierć lub zostanie skazany na śmierć w wyniku złamania kości po postrzale. Ten aspekt w moim odczuciu nijak nie ratuje książki, ale choć trochę wyjmuje ją z cienia.

Podsumowując, nie polecam książki przyrodnikom, choć autorzy są uznawani za specjalistów od jeleni i nie przeczę, iż zapewne wiele o nich wiedzą. Jednakże porady przydatne przyrodnikowi są relatywnie ubogie w stosunku do technik i opisów przydatnych myśliwemu. Są inne książki związane z łowiectwem, na które warto wydać grosz i wiedzę w nich zawartych wykorzystać w terenie. Dla myśliwych może to i cenna publikacja, acz wątpię, by którykolwiek się sugerował opinią kogoś takiego jak ja, w ich gwarze często nazywanego ekosiem lub ekoterrorystą. Dla mnie autorzy publikacji to nienasyceni zbieracze trofeów.

bestul hurteau 301